niedziela, 17 maja 2009

Chrzest , meksyk i dzień zwycięstwa







Garnitury i fryzury i brakowało mi tylko sombrera , bo zrobiłem taki meksyk w kościele że chyba nigdy tam takiej fiesty nie było. Ale od początku. Był 9 maja 2009 kiedyś bardziej znany jako dzień zwycięstwa. Już w domu przed wyjściem dałem delikatny sygnał że jakoś mi tak nie swojo jest - ale rozeszło się jakoś po kościach. Potem przejażdżka samochodem, powitania, całowania, jedna babcia, druga babcia ... i wchodzimy do kościoła. Od razu pomyślałem łatwo nie będzie. Od pierwszych minut dałem popis swoich umiejętności wokalnych, organisty nie było więc godnie go zastąpiłem . Powiem Wam tylko tyle , było grubo - wujek Waldek mówił że jest ze mnie dumny. Do końca mszy nie wysiedziałem, wyszliśmy z ojcem z kościoła na świeże powietrze . A potem prezenty , koperty i inne niespodzianki :)
P.s. Dziękuje wszystkim za wszystko :)
ajaj bym zapomniał fotki zrobił wujcio Marcin Maziej

1 komentarz:

Maly Sadek pisze...

niezly masz garniak... hehehe